Upewnij się że widziałeś część pierwszą relacji!
Dzień trzeci – po grani
Następnie, po stosunkowo przyjemnym skakaniu przez powalone drzewa gęsto zaścielające rosnący na zboczu las, dotarliśmy mniej więcej na wysokość na której spoczywało jeziorko będące dzisiejszym celem. Niestety, jedyna droga do niego wiodła wzdłuż stromego zbocza. Albo 300 metrów takiej trasy, albo kilkaset metrów pod górę aby dojść do wypłaszczenia i zejść nim kolejne kilkaset metrów w dół…

Widok z godziny 19, tuż przed rozpoczęciem zejścia dobrze oddający powyższą kwestię. Tuż nad instruktorem widocznym w centrum kadru, za jasnoszarym polem kamieni znajdował się nasz dzisiejszy nocleg.

A tu widok w dół zbocza, jeszcze łagodnego i przyjemnego, z licznymi drzewami.
Pierwsza połowa odcinka była najniebezpieczniejsza. Nachylenie w lewą stroną było znaczne, pod stopami zaś same kamienie i luźna ziemia. Brakowało stabilnego gruntu do pewnego postawienia stopy, co gorsza, grawitacja ciągnie nas w lewo, w dół zbocza. Trzeba więc temu przeciwdziałać, pochylając środek ciężkości w prawo. Jednakże, ponieważ podłoże nie jest płaskie, nie da się postawić stopy równo, musisz stawiać je na pochyłym zboczu. A to oznacza że stawiając stopę „na ostrzu” zamiast płasko, naciskamy całym ciężarem na wąską powierzchnię sypkiej ziemi – i „jedziemy” w dół. Każdy kamień korcił by wykorzystać go jako oparcie i postawić na nim stopę. Nie było jadnak żadnej gwarancji że opierając na nim ciężar ciała nie „zjedziemy”. A nie było o co się złapać lub przytrzymać, zaś najbliższe drzewa znajdowały się zazwyczaj kilkanaście metrów poniżej. Ewentualny spadek oznaczałby więc zjazd dosyć łysym zboczem w dół i niemalże pewne połamanie kości. Nachylenie zbocza wg. pomiaru klinometrem wynosiło w porywach między 38 a 48 stopni.


Widok w tył i w przód. Podczas marszu takim terenem z dużym obciążeniem trzeba iść bardzo powoli i ostrożnie, preferując stabilność ponad szybkość (niestety nie da się iść na czworaka). Każde mocniejsze bujnięcie w lewo oznacza polecenie głową w dół zbocza. Mocniejsze bujnięcie się w prawo, i lądujemy twarzą na zboczu, zjeżdżając szybko nogami do dołu. Ponieważ grawitacja ciągnie nas „w lewo” – w dół, należy iść lekko przechylonym w prawą stronę. Jednocześnie ponieważ stok nachylony jest w lewo, stopa po postawieniu na podłożu nachyla się w tymże kierunku.

Szczęśliwie druga połowa nie była już niebezpieczna. Owszem, gradient pozostawał taki sam jednakże liczne drzewa i zarośla oznaczały że ew. utrata równowagi zakończyłaby się sińcami i stłuczeniami, w najgorszym wypadku w przypadku pecha jakimś skręceniem/zwichnięciem.
Już długo po górskim zachodzie słońca, nieco po godzinie 20 po pokonaniu kamienistego zbocza ujrzeliśmy docelowe jezioro (widoczne na kadrze za drzewami z lewej strony).

Rozpaliliśmy tam niewielkie ognisko, przygotowaliśmy posiłek i położyliśmy się spać równo o zmroku.
Noc
Noc w tej dolinie jest zawsze niezwykle ciekawym doświadczeniem, (subiektywnie jednym z ciekawszych w życiu autora). Ze względu na ukształtowanie terenu, tworzy się tutaj naturalny „tunel” powietrzny. Po zapadnięciu zmroku, szczyt góry i położona wyżej dolina szybko się ochładzają, zaś dolina i podnóża naszej góry pozostaje cieplejsza. Oznacza to, że dolinka w której jesteśmy znajduje się pomiędzy wyżem a niżem. Efekt ten wzmacniany jest tym, że wiatry zazwyczaj wieją tutaj od drugiej strony góry, uderzając z dużą siłą o strome zbocze, a po jego pokonaniu wpadając w „skręconą” niby-rynnę wyrzeźbioną przez jęzor lodowcowy w której niejako nocowaliśmy.
Efekt? Niebywale silne wiatry kojarzące się z burzowymi, w zasadzie każdej nocy którą spędziliśmy w tym miejscu, czy to po pokonaniu grani czy przed.
Dosyć surrealistyczne wrażenie – kładziesz się do norki tuż po zmroku, około 22. Jest ciepła noc, przykrywasz się więc lekkim śpiworem i śpisz w samych bokserkach (temperatura 15-18C, ciepłe noc w polskie lato). Stopniowo, w miarę jak ochładza się powietrze, z minuty na minutę wzmaga się wiatr. Przypomina to zbliżanie się potężnej burzy, z gatunku tych które w Polsce łamią lasy i o której media mogą rozpisywać się przez dni jeżeli nie tygodnie. W okolicach 24:00-01:00 wiatr osiąga apogeum. Wiatr szarpiący norką jest potężny; w Polsce spodziewałbyś się słyszeć łamane i spadające gałęzie, a od czasu do czasu i łamiące się drzewo.
Jednakże tutaj to codzienność; co miało spaść i się złamać ma ku temu mnóstwo okazji. Takie wiatry wieją tu 5 z 7 dni w tygodniu, niebezpieczeństwo jest więc pomijalne. Postanawiasz wyjść na chwilę na zewnątrz; czy to by się odlać, czy to by podziwiać warunki pogodowe lub gwieździste, ciemne niebo. Od razu po odsunięciu suwaka uderza w ciebie potężny wiatr, wręcz wichura. Zanim zdążysz namacać i włożyć leżące na zewnątrz klapki, już jest Ci zimno. Kiedy już wstałeś i robisz kilka pierwszych kroków, jest bardzo zimno – temperatura odczuwalna spada o kilka jeżeli nie kilkanaście stopni. Wiatr szarpie całym ciałem i ewentualnym ubraniem które możesz mieć na sobie. Trzeba bardzo uważać robiąc kroki – w końcu to góry skaliste, pod nogami oprócz gałęzi i powalonych drzew, co chwila są kamienie, niektóre ruchome. Normalnie, w świetle gwiazd to nie problem, jednak teraz wiatr, i tak bardzo silny, co kilka sekund wzmaga się na chwilę i gwałtownie uderza wytrącając Cię z równowagi. W takich warunkach, łatwo po utracie równowagi postawić nogę na kamieniu który się poruszy – upadek lub skręcenie kostki gotowe.
Zaraz po załatwieniu potrzeby i powrocie do norki, zasuwasz zamek i okrywasz się cienkim jak koc śpiworem – niemalże natychmiast robi się nie komfortowo, ale wręcz ciepło. Można śmiało otworzyć dach i podziwiać czyste, gwiaździste niebo bez wrażenia że za chwilę zamarzniesz na kość i lada moment rozpęta się potężna, jesienna burza. Można do woli, w komforcie korzystać z czystego nieba do obserwacji Perseid produkujących liczne „spadające gwiazdy”.
Będąca naszym celem dolina była po prostu dawniej polem firnowym lodowca (dokładniej, cyrkiem pod nim), a tędy spływał dawniej jego jęzor, co w oczywisty sposób kanalizuje ruch wiatru. Dodajmy do tego pionową ścianę o którą wpierw uderza wiatr zanim wpadnie w dolinę i mamy taki a nie inny efekt.

Jeziorko widoczne o 11:00 dnia następnego. Widok w kierunku marszu.
Dzień czwarty
W dniu czwartym po rannej pobudce około 8:30-9 tradycyjnie zjedliśmy śniadanie, zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy przed siebie. Pogoda zdecydowanie dopisywała, zaś marsz lasem pozwalał ukryć się przed palącym słońcem. Pomimo zapewnianego przez drzewa cienia, temperatury rzędu 30C w połączeniu z wysiłkiem wyciskały pot na czoło. Trasa była dobrze znana – w górę, cały czas tam gdzie teren się wznosi.

A tam będziemy dzisiaj iść. W lewym dolnym rogu skraj traw (lekko żółte) otaczających jeziorko, bardziej z lewej jest obóz. Będziemy iść więc z lewego dolnego rogu w poprzek zdjęcia, w prawy górny róg.

Widok w lewo z wskazaniem miejsca spania i ogniska. W prawej części zdjęcia doskonale widoczne jeziorko i otaczające je wysokie trawy.

Widok „do tyłu”, widoczna przełęcz zza której zaczynaliśmy wspinaczkę około 68 godzin temu, zaś na jej szczycie stanęliśmy 64h wcześniej. W rejonie białych skał idących pod kątem „w lewo w górę” jest pokonywana wczoraj grań. Niesamowity widok, szkoda że kamera 2D nie jest w stanie oddać jego głębi. Do szczytu przełęczy jest około 5 kilometrów, do szczytu w centrum zdjęcia ponad 25. Zaznaczono rejon w którym nocowaliśmy poprzedniego dnia (wł. 2 oraz 3-ego).
Tego dnia marsz choć niespecjalnie wymagający, dłużył się i był zwyczajnie nudny. Szliśmy doliną V-kształtną, jej prawym zboczem, dookoła widzieliśmy więc tylko drzewa a pod nogami skały. Okazjonalnie musieliśmy pokonywać raz szersze a raz węższe wąwozy, żłobione przez topniejącą co wiosnę wodę. Teren był więc umiarkowanie trudny, stromy, zadrzewiony.

Typowy widok dnia czwartego, godzina 16:30. Jednak, ważny moment dla nas – po opadaniu linii drzew widocznej w lewym górnym rogu na przeciwległym zboczu doliny V kształtnej można już wnioskować mniej-więcej gdzie przed nami leży docelowa dolinka. Dużo przyjemniej iść gdy „widzisz” w głowie gdzie leży cel, niż kiedy jedyne co widzisz to morze drzew, i bez GPS nie da się określić czy i jakie zrobiłeś postępy!

Czasem w górę, czasem w dół, cały czas „wzdłuż” poziomic, do przodu, Etap zdobywania wysokości mamy już za sobą, w pierwszej połowie dnia.

Rzecz jasna, jak to w terenie dzikim, cały czas towarzyszyły nam ukochane „płotki”. Nie wspominamy o tym, ponieważ dla czytelnika poprzednich artykułów powinno to być już oczywiste.

Jeden ze wspomnianych wąwozów, widok „w prawo”, czyli w górę doliny podczas jego przekraczania. Takie momenty były frustrujące – musisz oddać kilka metrów wysokości i schodzić po stromiźnie w dół żlebu tylko po to, aby zaraz potem te stracone metry nadrobić – oczywiście, znowu po stromym.
Gdy słońce zaczęło się już obniżać i dobijała 18, ujrzeliśmy piękny widok: drzewa rzedną, plama jasnego, słonecznego światła. Widać wręcz po drugiej stronie podnoszące się w górę zbocze porośnięte drzewami. Dotarliśmy do doliny docelowej.


Dotarliśmy tym samym do celu wyprawy i mogliśmy się już przez najbliższe dni skupić na „relaksie” – bytowaniu, ćwiczeniu różnych technik i umiejętności, kręceniu materiałów promocyjnych czy szkoleniowych na kanał – nie zaś na codziennym 10 godzinnym zdobywaniu metrów i poziomic.

Miejsce ogniskowe wyglądało dokładnie tak jak zostawiliśmy je przed rokiem.
Po szybkim rozstawieniu obozu, pierwszą nagrodą tegodniowej loterii była możliwość porządnego umycia się w widocznym poniżej strumyku, po raz pierwszy od 5-6 dni. Zaraz potem, rozstawienie obozu, zgromadzenie drewna i zjedzenie kolacji.

Następnie zaś kluczowy punkt dnia piątego; relaks do późnych godzin nocnych przy ognisku.


Zgodnie z tradycją, po zadbaniu o higienę, przyszła pora na zaspokojeniu głodu. A skoro potrzeby ciała to i ducha; po ugaszeniu pragnienia można było się zrelaksować. Ognisko pierwszej nocy po dotarciu do celu powinno być odpowiedniej wielkości; w sam raz aby zagotować kubek wody na gorącą czekoladę.
Dzień Szósty
Dnia szóstego ponownie nastąpiła zmienność decyzji. W planach mieliśmy wejście na dominujący nad doliną szczyt, spędzenie na nim nocy, zejście w „Dolinę 3 Stawów” i powrót rynną dookoła masywu. Jak dotąd, pogoda zachowywała się bez zarzutu. Nie mieliśmy jednak żadnej gwarancji co będzie później; a skoro tak, to może lepiej przyspieszyć o ten jeden dzień wejście na szczyt, dopóki mamy okno dobrej pogody – po co ryzykować? Spakowaliśmy więc obóz i ruszyliśmy ponownie w górę. Na szczycie nie będzie źródła wody, a skoro zamierzaliśmy spędzić tam niemalże cały dzień, 3L w camelbakach nie wystarczą – to by było „na styk” a jak wiemy, skoro w survivalu 3 to 2, 2 to 1 a 1 to 0, taka sytuacja nie ma prawa mieć miejsca. Zupełnym przypadkiem mieliśmy ze sobą pojemnik dokładnie na takie sytuacje w który nabraliśmy dodatkowe 10L wody, które jeden z instruktorów z poświęceniem wtargał na górę.

Widok na grań dominującą nad doliną, późne popołudnie. Za drzewami widocznymi po środku jest najwyższy punkt, wynoszący w przybliżeniu 3600m. Pozostaje tylko wspiąć się na grań.

Niecałe 30 minut później, widok z połowy drogi na grań, w kierunku szczytu.
Równo dwie godziny później byliśmy już na szczycie, z obozem rozbitym poniżej linii drzew, w dół łagodniejszej strony zbocza – po obiedzie pora na zasłużony czas wolny. Jako ciekawostkę, warto dodać że ciśnienie na tej wysokości wynosiło 660 hektopaskali; jest to normalne ciśnienie dla wysokości 3600m. Aura pogodowa zdecydowanie potwierdziła słuszność naszej decyzji aby wyruszyć tu o dzień wcześniej.


Wiatr wzmagał się a jak okiem sięgnąć we wszystkie strony burzowe chmury. Na razie, jesteśmy w samym środku „w oku cyklonu”. Trzeba bacznie obserwować okolicę i być gotowym na zejście do bezpiecznego obozu poniżej, jeżeli któraś z burz na horyzoncie zacznie skręcać w naszym kierunku.

Doskonale widoczna grań. Wyszliśmy z widocznego po prawej stronie lasu, najdogodniejszą drogą wspięliśmy się trawersem na szczyt grań aby następnie dojść nią w najwyższy punkt. To w tę bardzo stromą ścianę uderzają wiatry, aby następnie V-kształtną doliną schodzić w dół masywu (tak jak dawniej spływał jęzor lodowcowy z pola firnowego). To właśnie jest powodem wspomnianych wcześniej niezwykle gwałtownych wiatrów.

Świetnie widoczny mechanizm powstawania deszczu. Ciepłe powietrze wznosi się z doliny.


W okolicach 21, gdy burze przeszły (jedynie o nas zahaczając niewielkim deszczykiem) wiatr z kategorii „bardzo mocny” zaczął przechodzić w „urywa głowy”, co zmusiło nas do powolnej migracji w stronę rozbitego już i gotowego obozu w którym zjemy kolację.
Na kolację spożyliśmy drugie z trzech zabranych MRE. Miało to na celu ponownie odciążenie plecaków oraz zmniejszenie zużycia wody (pomimo posiadania znaczącego zapasu).

W tak zwanym międzyczasie nasz obóz odwiedził niezapowiedziany gość wigilijny i zostawił prezent w menażce. Jak widać Mikołaj uznał że byliśmy bardzo niegrzeczni. Co gorsza, nad ranem odkryliśmy że jedno z MRE zostało niedostatecznie zabezpieczone – zwierzę dosłownie rozciągnęło zawartość „śmietniczki” na dystansie dobrych 200 metrów, zmuszając nas do kilkukrotnego przeczesania okolicy by upewnić się że na pewno udało się nam zebrać wszystkie papierki.
Dzień siódmy
Siódmego dnia wiatr był umiarkowany a niebo piękne i czyste. Ruszyliśmy więc granią w kierunku przełęczy oddzielającej nas od „Doliny Trzech Stawów”.

Droga wzdłuż grani była łatwa, szybka i przyjemna, towarzyszyły jej też miłe dla oka widoki. Tu panorama z 14:20 na punkt docelowy, tuż przed skręceniem na przełęcz i zejściem w dolinę.
Dzięki dobremu doborowi trasy, tym razem do celu doszliśmy już o 16, a dwie godziny później mogliśmy cieszyć się rozbitym obozem i ciepłym obiadem oraz kąpielą.


Ryż z pemikanem i ziołami – obfita porcja dla dwóch osób. Optymalnie jest przenosić 1 “duże” naczynie na 2 max 3 osoby. O ile przy 3 osobach robi się już niewygodnie, o tyle przy 4 po prostu trzeba już drugiego naczynia.

Widok na jezioro wypełniające dolinkę. Po środku z prawej, przed linią drzew – obóz

Świetnie widoczny podczas wieczornego (ok.19) zbierania malin górski zachód słońca. Choć słońce zajdzie za dobre dwie godziny, w naszej dolinie (z prawej) zaraz zapanuje zmrok.
Dzień ósmy
Niestety, od czasu burzy wieczorem dnia siódmego prześladował nas deszcz ustając dopiero popołudniem dnia ósmego. Cały ósmy dzień spędziliśmy na pracy, wykorzystaliśmy go także do zażycia kąpieli w przerwach od deszczu. A od poranka dnia dziewiątego, padało niemalże non-stop aż do wyjścia z gór, z kilku godzinnymi przerwami które mogliśmy wykorzystywać na różne aktywności – czasem dłuższe, czasem krótsze.

Zasłużona, popołudniowa kąpiel (18:00)

Jak wspomniano w artykule z 2024, obecność dużego zbiornika wodnego wypełniającego większość doliny powodowała specyficzny mikroklimat. Doskonale widać to było wieczorem, kiedy to znad lądu w stronę jeziora „płynęły” kłęby pary. Dosłownie gołym okiem widać było gorące powietrze wiejące zza naszych pleców w stronę tafli i płynące ponad nią. Pijawki w wodzie jak co roku były obecne dopiero wieczorem, po obniżeniu się temperatury.
Powrót
Dziesiątego dnia uznaliśmy że dalszy pobyt w górach nie ma sensu. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć czy i kiedy poprawi się pogoda, zaś opady deszczu de-facto uniemożliwiają nam ukończenia pozostałych do zrobienia nagrań i aktywności. Dalsze siedzenie w miejscu, gdy „czasu nagraniowego” mamy średnio 2-4h dziennie byłoby marnotrawstwem całego wyjazdu, ruszyliśmy więc w drogę powrotną wykorzystując w miarę dobrą pogodę (lekkie, przelotne deszczyki). Zamierzaliśmy dojść do samochodu w ciągu jednego dnia – wyruszyć w południe i wrócić w okolicach 4 w nocy, zahaczając o nocny marsz.
Sam marsz przebiegał bez większych niespodzianek, sprawnie zahaczyliśmy o najniższy z trzech stanów i zeszliśmy rynną idealnie na wprost naszego starego obozu z 2024. Zjedliśmy tam szybki obiad doprawiony rosnącymi w pobliżu malinami.

Wyschnięte w 2024 jeziorko tym razem pozwoliło uzupełnić zapas wody przy obiedzie.
Wkrótce potem, wieczorem, pogoda zaczęła gwałtownie się psuć. Pomimo dobrego tempa, nie uratował nas przed deszczem nawet forsowny marsz. O godzinie 22 doszliśmy do obozu w którym zamierzaliśmy zjeść obiadokolację, jednakże wzmagający się deszcz i wiatr sprawił że postanowiliśmy – zgodnie ze sztuką survivalu – zagrać bezpiecznie i zanocować. Uznaliśmy, że z dwojga złego lepiej się wyspać i dojść na drugi dzień na spokojnie, jeżeli pozwoli na to pogoda. Ponownie, była to bardzo dobra decyzja.


Rozległe (>600m) gołoborza które czytelnicy artykułu z 2024 powinni pamiętać. Tym razem poszliśmy nieco lepszą trasą, więc mimo deszczu nie dały nam w kość. W dużej mierze nieco nadkładając drogi obeszliśmy najrozleglejsze samym skrajem.
W okolicach północy deszcz przerodził się w burzę z porywistym wiatrem. Gdybyśmy działali zgodnie z planem, od dobrej godziny bylibyśmy na szlaku, dochodząc właśnie do kolejnej przełęczy, stanowiącej przedostatni męczący punkt drogi powrotnej. Od następnego dobrego miejsca do noclegu, dzieliłyby nas spokojnie dwie godziny marszu.

Tymczasem, po wysuszeniu skarpet przy ognisku i podsuszeniu ubrań, leżeliśmy w norkach, w ciepłych śpiworach, słuchając zawodzenia wiatru i łomotania deszczu. O ile chwilowe wyjście z norki pozwalało jeszcze poddać decyzję o noclegu w wątpliwość, tak oddalenie się podczas odlewania o 30m poza obręb zagajnika przy rzece w którym nocowaliśmy, na skraj pola, natychmiast rozwiewało wątpliwości. Poza parasolem drzew woda lała się strugami a wiatr był bardzo silny. Marsz w takiej aurze mocno by nas wymęczył, i doszlibyśmy nie o 4 ale raczej rankiem, przemoczeni i zziębnięci. Zamiast tego więc, jedenastego dnia odczekaliśmy aż pogoda się uspokoi, i po wysuszeniu śpiworów i norek na słońcu, oraz zjedzeniu śniadania wyruszyliśmy nieśpiesznie w drogę. W okolicach godziny 16, tuż po obiedzie ponownie przypałętał się deszcz, nieco spowalniając tempo marszu. Pomimo tego, ostatnią przełęcz osiągnęliśmy o 20:40.

Widok z przełęczy tuż przed zachodem słońca był spektakularny.
Niestety, nie wszystko co dobre dobrze się kończy. Zejście w dół powinno być jedynie formalnością i zająć nam jedną, może dwie godziny; spodziewaliśmy się dotrzeć do auta w okolicach maksymalnie 22. Tymczasem, większością szlaku tego samego dnia przepędzono… Stado owiec. W związku z tym, właściwie nie dało się iść po drodze; przejście niemalże setki zwierząt (o ile nie więcej) oraz kilka dni deszczu sprawiło że ciężko było odróżnić ścieżkę od miejsca którym z gór spływała woda.
Tymczasem, jedyne rozwidlenie na naszej trasie było po prostu słabo (o ile w ogóle) oznaczone i zwyczajnie je przegapiliśmy, schodząc dobry kilometr-półtora w dół. Można byłoby tego uniknąć gdybyśmy częściej sprawdzali mapę; skupiliśmy się jednak na powrocie i „mapowy” szedł z tyłu. Gdy zrozumieliśmy że powinniśmy już dawno dojść i sprawdziliśmy pozycję na GPS, okazało się że trzeba nadrobić dodatkowe 2km aby wrócić do rozwidlenia, z którego mieliśmy kolejne 2 do celu. Niektórzy delikatnie mówiąc nie byli zachwyceni, inni podeszli do sprawy na zasadzie „stało się to się nie odstanie”. Ta sytuacja zdecydowanie nas obudziła i dała kopa. Następnie, bez zbędnych przygód dotarliśmy do auta o 23:29.

Winowajcy całego zamieszania widziani dwa dni później na przełęczy podczas kręcenia ujęć do drugiej części filmu nt. topografii.
